Jak Cię widzą… Część 5

Oj, no to się porobiło. Ja biedna sierotka na małym krzesełku w wielkiej sali, a naprzeciwko mnie 5 par nieprzyjaznych oczu ludzi, którzy chyba zapomnieli, że istnieje uśmiech. Znacie takie uczucie? Egzamin komisyjny, obrona pracy dyplomowej? Może jakiś konkurs? Cóż, to nie wszystko. Jest jeszcze jeden przypadek, w którym możemy zostać postawieni przed „plutonem egzekucyjnym” – rozmowa kwalifikacyjna…

Po piąte – przed plutonem egzekucyjnym!

Przygotowywaliśmy się do rozmowy, dopieściliśmy nasze CV, telefon zadzwonił radując nasze serce, lecz (pamiętając o dobrej radzie) mało włosy nam nie stanęły dęba, gdy na pytanie, kto poprowadzi spotkanie rekrutacyjne otrzymaliśmy informację typu „Oj, nie wiem, kto je poprowadzi. To będzie komisja składająca się z 10 osób”. Nie mdleć, kochani. To też da się przeżyć. A gdzie możemy spodziewać się podobnych cudów? Bywa tak w urzędach i innych instytucjach państwowych tego typu, w szkołach – zwłaszcza wyższych choć nie tylko, ale czasem również w dużych instytucjach prywatnych. Dla przykładu przyszło mi kiedyś stanąć przed podobnym plutonem w dużej kancelarii prawnej, gdzie na rozmowę przyszli wszyscy współwłaściciele (troje) a do tego kadrowa, specjalista HR i księgowa. Nie jest to regułą, jednak i na taką ewentualność trzeba się przygotować. Jak? Przede wszystkim pamiętajmy o stronie wizualnej.

Uwaga nr 1. Na spotkania z komisją rekrutacyjną zawsze trzeba ubrać się bardzo oficjalnie, bo wśród tylu osób na 99% znajdzie się co najmniej jedna, która zwróci uwagę na odpowiednią prezencję.

Mało prawdopodobne, aby ktoś z komisji poprosił nas o CV, jednak i tak polecam zabrać kilka sztuk. Uczulam, że może się również zdarzyć, iż wśród osób z „plutonu” znajdzie się formalista, który zechce nas wylegitymować. Może chcieć ponadto zobaczyć nasz dyplom czy inne dokumenty potwierdzające dane, które umieściliśmy w życiorysie (najczęściej taka prośba może mieć miejsce w trakcie rozmowy). Pamiętajmy, że nie zaszkodzi przygotować i zabrać ze sobą CV, kopii listu motywacyjnego, kopi e-maila, który wysłaliśmy, dyplomów, certyfikatów itp. Nawet jeśli się nie przydadzą to lepiej je mieć niż nie mieć przy sobie.

Co w momencie, gdy już stawimy się w danej instytucji w wyznaczonym miejscu i czasie? Zgłaszamy się jak zwykle do recepcji i czekamy na wezwanie. Komisja powinna mieć przewodniczącego i „sekretarza”. „Sekretarz” przedstawi nas, zaś przewodniczący zapewne zaprosi, abyśmy usiedli i będzie prowadził całe spotkanie.

Uwaga nr 2. To, że spotkanie prowadzi jedna osoba (najczęściej), nie zwalnia nas z utrzymywania kontaktu wzrokowego z innymi członkami komisji. Powinniśmy poświęcić im tyle uwagi, aby nikt nie poczuł się dyskryminowany.

Co dalej? Ile rozmów rekrutacyjnych – tyle ich scenariuszy, jednak w przypadku spotkań z komisją na 90% najpierw ktoś pokrótce przedstawi swoją instytucję i/lub członków komisji, a następnie padnie nasze ulubione sformułowanie „Proszę powiedzieć coś o sobie”. Nie panikować! Uśmiechnąć się i przedstawić swoje wykształcenie oraz doświadczenie zawodowe. Można dorzucić kilka słów na temat zainteresowań, jednak najczęściej pytającego zadowoli część o wykształceniu i doświadczeniu. Pamiętajmy, że jeżeli mamy ciekawe, bezpieczne zainteresowania owszem, możemy dzięki nim zostać lepiej zapamiętani w gąszczu innych kandydatów, jednak jeżeli nasze hobby jest kontrowersyjne, może nam bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Przykład.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której aplikujemy na stanowisko w Urzędzie Miasta i powiemy, iż interesujemy się polityką. Oj, biada nam jeżeli ktoś zechce poznać nasze poglądy polityczne. Jeżeli odmówimy zostanie to uznane na pewno na minus, jeżeli wdamy się w dyskusję… To w większości przypadków również :)

Przygotujmy się ponadto na dwa „czarne” scenariusze. Po pierwsze w trakcie naszego „opowiadania o sobie” ktoś może nam przerwać i poprosić o doprecyzowanie. Nie przeraźmy się tego, bo zgubimy wątek. Najlepiej, jeżeli już w domu przygotujemy się do takiej sytuacji np. zapiszemy sobie krótką wypowiedź o sobie na kartce i zastanowimy się, o co ktoś może chcieć nas dopytać. Dodatkową korzyścią z takiego przygotowania będzie to, że notatka o nas samych poukłada nam pewne rzeczy w głowie i łatwiej wrócimy do wątku, gdy nam ktoś brutalnie przerwie wypowiedź. Drugi scenariusz, czyli druga kwestia, z którą kandydaci słabo sobie radzą, to cisza, która niejednokrotnie nastaje po zakończonej przez nas wypowiedzi. W dużych komisjach zdarza się, że połowa członków się wyłącza i rozmyśla o własnych sprawach. Czasem wszyscy, bo każdy ma nadzieję, że słucha ktoś inny. Wtedy właśnie następuje taka dość kłopotliwa cisza. Jak sobie z nią poradzić? Możemy wówczas zapytać, czy wszystko o czym mówiliśmy było jasne i wyczerpujące, czy może coś wymaga uzupełnienia. To zwykle rozwiązuje języki, bo nawet, jeżeli nikt nas nie słuchał, teraz ma możliwość ukryć tę kwestię. Nie denerwujmy się więc, jeżeli zaraz zostaniemy zapytani o coś, o czym przed chwilką mówiliśmy.

Załóżmy jednak, iż dwa skrajne scenariusze się nie zrealizowały. Wtedy po prostu po naszej krótkiej wypowiedzi o sobie samym nastąpi przejście do pytań uzupełniających. Może dostaniemy jakieś zadanie do wykonania, może ktoś zada nam pytanie merytoryczne. Zwykle w komisji jest nasz przyszły przełożony i to właśnie on będzie dawał nam zadania. Przypatrzmy się od razu, czy naszym zdaniem jest to osoba, z którą będziemy później w stanie współpracować…

Po części merytorycznej najczęściej zostaniemy zapytani o nasze wymagania płacowe. Pamiętajmy o podaniu widełek. Dalej prawdopodobnie ktoś na zapyta, czy mamy jakieś pytania, jednak przy komisji jest to rzadsze pytanie niż przy rozmowie indywidualnej. Komisja najczęściej chce jak najszybciej skończyć obrady i nie będzie jej zależało na wchodzeniu w dyskusję z nami. Przygotujmy się, iż niejednokrotnie więc spotkanie zostanie zakończone słowami „To wszystko, dziękujemy Panu. Poinformujemy o decyzji do końca tygodnia.”

Co jeszcze warto wiedzieć o rozmowie kwalifikacyjnej z komisją? Przygotujmy się, że raczej członkom nie będzie się chciało wstawać, aby nas powitać podaniem ręki. Zdarza się taka sytuacja, ale rzadko i raczej w małych komisjach. Postarajmy się to zrozumieć. Gdyby tak 10 osób zaczęło się z nami indywidualnie witać, zrobiłoby się niezłe zamieszanie i całe spotkanie potrwałoby kilka minut dłużej. Jeżeli zbiera się tak duża komisja, raczej robi to raz na długi czas i prawdopodobnie musi całą sprawę „załatwić” w kilka godzin. Możecie więc czuć się jak na taśmociągu.

Uwaga nr 3. Jeżeli czas rozmowy jest krótki, a tak jest często przy komisjach i spotkamy w poczekalni innych kandydatów na to stanowisko, raczej się z nimi nie spoufalajmy. Nie wymieniajmy głośno uwag o instytucji, o tym jakie jest bezrobocie, jakie to wszystko dziwne, jak jest strasznie, jak się stresujecie itp. Możecie się przywitać, wymienić kilka słów na luźne tematy i to wszystko. Dlaczego? Bo po pierwsze „ściany mają uszy”, po drugie NIESTETY w instytucjach państwowych często na spotkania przychodzą krewni i znajomi… Przykro to pisać, ale taka jest póki co polska rzeczywistość. Jeżeli więc na coś się poskarżymy, może się okazać, że szybko to zostanie przekazane dalej. Zapytacie „co to nam szkodzi, skoro to farsa?”. A np. to, że za chwilę może być inny konkurs lub jakaś instytucja ogłosi nabór na 2 stanowiska a „daleki krewny” przyjdzie tylko na jedno :)

Przejdźmy teraz do innego rodzaju rozmowy, który również kojarzy mi się z plutonem egzekucyjnym… assessment center (AC).

Podstawową różnicą między assesment center a innymi rodzajami spotkań rekrutacyjnych jest to, iż żeby AC miało jakikolwiek sens musi trwać kilka godzin. Pamiętajmy o tym i zawsze upewnijmy się, czy to nie jest akurat ten rodzaj rozmowy. Kolejną ważną cechą takiego spotkania jest to, że będziemy w nim uczestniczyć wraz z większą grupą kandydatów. Ponadto całe spotkanie będziemy bacznie obserwowani, nawet jeżeli będzie się nam wydawać, że osoba, a właściwie osoby prowadzące nie interesują się nami. Assesment center przybiera bardzo różne formy. Czasem, po wstępnej rozmowie kwalifikacyjnej (wtedy najczęściej indywidualnej) lub po wypełnieniu testu kompetencji, jesteśmy zaproszeni na „próbny dzień pracy”. Wówczas będziemy wykonywać te same zajęcia, które wykonywalibyśmy już po zatrudnieniu (oczywiście w ograniczonym zakresie). Inną formą AC jest krótka rozmowa wstępna i przekazanie nam kilku zadań, a później jawne ocenianie nas przez osoby obserwujące (asesorów). Czasem zostajemy podzieleni na podgrupy i wykonujemy zadania w mniejszym gronie a na koniec każda grupa musi zaprezentować swoje wyniki. Czasem wydaje nam się, że nie ma wśród nas asesora. Myślimy, że zostawiono nas samym sobie a tu klops. Wielki brat czuwa ;) Pamiętajmy więc – AC równa się obserwacja przez asesorów, nieważne czy ich widzimy, czy nie :)

Przewaga assesmet center nad innymi rodzajami rekrutacji jest taka, iż rekruterzy nie opierają się jedynie na naszych zapewnieniach o posiadanych kompetencjach, a mogą na własne oczy zobaczyć, jak radzimy sobie z wykonywaniem pewnych zadań. Wadą jest z całą pewnością ogromny stres, który towarzyszy ocenianym. Ponadto kandydaci często „grają” i w efekcie zachowują się zupełnie inaczej niż zachowywaliby się przy faktycznej pracy. Ułomnością tej metody rekrutacji jest niejednokrotne niedopasowanie zadań podczas AC do tych, które będą wykonywane później, co moim zdaniem jest niesłuszne. Niby doświadczeni asesorzy (piszę w liczbie mnogiej, bo ta metoda nie zakłada możliwości oceniania tylko przez jedną osobę, choć i takie patologie widziałam…) powinni na podstawie wyników AC umieć ocenić kandydata pod kątem przyszłych zadań, jednak duża uniwersalizacja sprzyja pomyłkom.

Przykład

Moja dobra znajoma od lat jest świetnym sprzedawcą kredytów bankowych. Z łatwością przekracza wszystkie normy narzucane jej przez przełożonych oraz cieszy się sympatią i zaufaniem klientów. Co jakiś czas w banku, dla którego pracuje, przy rekrutacjach nowych pracowników metoda assesment center wykorzystywana jest również do audytu personalnego. „Profesjonalna” firma rekrutacyjna nie tylko więc wyszukuje nowych pracowników i bada ich kompetencje sprzedażowe za pomocą AC, ale jednocześnie bada, czy pracownicy zatrudnieni kiedyś sprawdzają się na tych stanowiskach. Otóż moja znajoma badana już dwukrotnie przez takich audytorów otrzymała ocenę negatywną, co jednak nie przeszkadza jej w pobijaniu nowych rekordów sprzedaży…

Moim zdaniem AC nie powinno być stosowane jako jedyna metoda rekrutacji a powinno być ewentualnie uzupełnieniem tradycyjnej rozmowy. Np. gdy mamy wielu kandydatów o takich samych kompetencjach. Wtedy można to potraktować jako „dogrywkę”.

Niniejszym kończymy tę część, Moi Drodzy. Jeżeli macie jakieś pytanie odnośnie AC, zapraszam do kontaktu.

W ostatniej części „Jak Cię widzą…” dowiemy się, jak zachować się po rozmowie kwalifikacyjnej. Np. gdy już wróciliśmy do domu i zdaliśmy sobie sprawę z całego miliona popełnionych błędów ;)

W następnej części:

Po szóste – tak wiele rzeczy można było zrobić lepiej!

Jedna odpowiedź na „Jak Cię widzą… Część 5

  1. ~Aru pisze:

    Hmm to czekam na cd. :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>